Pokonałam wewnętrzne demony, czyli o stresie na emigracji

Każda z blizn, każdy ukruszony ząb czy złamany szpon, a nawet okaleczony ogon nie były śladami porażek. Och, wręcz przeciwnie. Były to trofea zwycięzcy. Abraxos był wojownikiem, który zawsze miał przeciwko sobie rywali z wielką przewagą, ale zdołał przeżyć. Uczył się z każdą walką i tryumfował.

Sarah J. Maas, Dziedzictwo ognia

Stres to wszechobecny towarzysz naszego życia. W dzisiejszym, zwariowanym świecie to zmora wielu z nas. Negatywne informacje dobiegające z telewizora, choroba dziecka, chaos w pracy, korki na drogach. W mniejszym lub większym stopniu doświadczamy stresu każdego dnia. Czy istnieje na tej ziemi ktoś, kto choć przez chwilę nigdy nie poczuł się niczym w sidłach toksycznego stresu? Nie sądzę.

Stres jest dobry, kiedy działa mobilizująco i motywuje nas do działania. Mowa tutaj o eustresie, czyli stresie pozytywnym. Jednak w rzeczywistości nie zawsze odczujemy tylko korzyści płynące ze stresu. Czasem sytuacji stresowych nazbiera się za dużo, dojdzie do ich kumulacji. W takim przypadku eustres zamienia się w dystres – stres negatywny. Jego nieprzyjemne symptomy mogą utrudniać codzienne funkcjonowanie.

Stres wysysa z nas energię. Na dłuższą metę jest niebezpieczny. Powoli zabija. Truje niczym dym z papierosa.

Istnieją różne powody do stresu. Jednym z nich jest emigracja, a właściwie najczęściej jej początki. Można przeczytać wiele o stresie emigracyjnym, stresie, z którym przychodzi zmierzyć się osobom wyjeżdżającym do innego kraju. Stres w Hiszpanii? Co ty mówisz kobieto? – pomyśli niejeden. Czy to słoneczna Hiszpania, czy deszczowa Anglia, stres może okazać się taki sam. Nie jest on bowiem spowodowany charakterem kraju samym w sobie, lecz zmianą. Ogromną życiową zmianą. Czy wszyscy przed wyjazdem są tego do końca świadomi? Nie wiem. Ja nie byłam.

O tym się rzadko mówi, nie każdy się do tego przyznaje. Ja jednak postanowiłam opowiedzieć moją historię z tym związaną i uprzedzić was, czego możecie się spodziewać, choć mam nadzieję, że emigracyjny stres będzie wam obcy. Na pewno nie wszystkich dotyka też w ten sam sposób. Każdy ma własną emigracyjną historię, którą nosi gdzieś na dnie swojego serca.

Emigracja to poważna życiowa decyzja. Niektórzy myślą, że wyjadą za granicę, załóżmy do Hiszpanii, wszystkie problemy zostawią w tyle, a przed nimi otworzą się nagle drzwi do nowego, lepszego życia. I może w niektórych przypadkach tak jest. Na pewno znajdzie się niejeden, który tego stresu nie doświadczy. Drugi natomiast odczuje go aż zanadto. Często w poszukiwaniu szczęścia na emigracji będziemy musieli pokonać niełatwą, wyboistą drogę.

Stres na emigracji może przybierać różne formy. Głównym winowajcą emigracyjnego stresu jest proces adaptacji w nowym, nieznanym środowisku. U każdej osoby inny czynnik będzie stresorem grającym pierwsze skrzypce. Może to być bariera językowa, kwestia szukania mieszkania i pracy w nowych warunkach, brak pieniędzy, uczucie wyobcowania, niezrozumiała kultura, zwyczaje, inna mentalność, tęsknota za krajem, rozstanie z rodziną, ale też sama zmiana. U każdego będzie wyglądało to inaczej. Jedni są bardziej odporni na stres, inni mniej. Emigracja to duże wyzwanie i nie wszyscy odnajdą się w nowej rzeczywistości.

Emigracyjny stres jest zazwyczaj przejściowy. Długotrwały stres może doprowadzić jednak do odczuwania nieustannego napięcia a nawet zaburzeń lękowych, przygnębienia czy depresji. Emigranci mają większą skłonność do takich nastrojów właśnie z powodu procesu adaptacyjnego w nowym kraju, w całkiem innych realiach. U osób wrażliwych, które miały wcześniej problem ze stresem, czy doświadczyły stanów lękowych lub depresyjnych, na emigracji może dojść do ich pogłębienia.

Wcześniej wspomniałam już, że wyjeżdżając do Hiszpanii nie byłam świadoma, że mogę doznać z tego powodu stresu i pewnie dlatego moje emigracyjne początki dały mi mocno w kość. Bardzo cieszyłam się, że zamieszkam w wymarzonym miejscu na ziemi. Stres, który zaatakował mnie znienacka szybko dał jednak o sobie znać. Nastąpiło zderzenie z czymś, co zupełnie inaczej sobie wyobrażałam. Dlatego nie snujmy samych pięknych wizji, kiedy będziemy rozważać życie na emigracji. Rzeczywistość może okazać się całkiem inna.

Zawsze taka byłam. Wrażliwa na otaczający mnie świat, silnie reagująca na stres oraz na zmiany, ale to, co przeżyłam podczas stawiania pierwszych kroków w Hiszpanii nasiliło moje słabości jeszcze bardziej. Emigracja spowodowała znaczny wzrost stresu w moim życiu.

Początkowy etap adaptacji w nowym miejscu trochę mnie sponiewierał, wywlekł na światło dzienne moje wewnętrzne lęki. Zabójczy stres pokazał mi wtedy swoją prawdziwą twarz, okiełznał mnie, rzucił pod nogi kłody, które bardzo ciężko było mi podnieść.

Problem w tym, że nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nie łączyłam tego z żadnym stresem. Dziwnie się czułam. Zaczęłam odczuwać stałe napięcie. Budziłam się rano bez energii, chciało mi się rzygać. Nie mogłam jeść. Najchętniej nie wychodziłabym spod kołdry, tak jakbym chciała schować się tam przed całym światem wraz z wszystkimi lękami kłębiącymi się w mojej głowie. Poduszka przesiąknęła nimi do tego stopnia, że znała każdy z nich na wylot.

Cholernie tęskniłam. Za Polską, za rodziną, za moimi wydeptanymi, ulubionymi, dobrze znanymi ścieżkami, za zapachem polskiego powietrza po burzy, za tym, co mi bliskie. Stan ten potęgował fakt, że prawie codziennie, od rana do wieczora byłam sama z rocznym synem. Czułam się trochę zagubiona i samotna. Na tamtym etapie mojego życia stres osiągnął apogeum. Nie radziłam sobie z nim. Nigdy przedtem aż tak nie odczułam jego skutków. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że jest to ściśle związane z silnym stresem, który ujawnił się w wyniku wielkiej życiowej zmiany. Myślałam, że coś jest ze mną nie tak. Że jestem na coś chora.

Ten stres mnie trochę wtedy wyniszczył, poturbował, pokazał, że walka z nim to walka z wiatrakami. Że jej nie wygram, a on zeżre mnie w całości śmiejąc mi się prosto w twarz.

Nawet myślałam, że nabawiłam się nerwicy. Ataki paniki? Może nie do końca ich doświadczyłam. Sama nie wiem, co to było. Męczyło mnie nieustające, wyczerpujące napięcie połączone z uporczywym niepokojem. Serce walące ponad setkę na minutę, uczucie, że zaraz umrę, że coś mi się stanie. Byłam przekonana, że moje serce szwankuje. Jednak okazało się, że problem tkwi w mojej głowie. Zmartwiona moim dudniącym jak młot sercem, któregoś dnia wybrałam się do kardiologa. Sympatyczny starszy lekarz otwiera drzwi i zaprasza mnie do środka, po czym podłącza mnie do EKG.

Uuuh, estás nerviosa (Jesteś nerwowa) – mówi z uśmiechem patrząc na ekran, po czym zerka na moje gołe cycki.

Następnie robi mi echo serca. Nie stwierdza żadnych nieprawidłowości, zaleca sport, relaks i kontrolowanie się, bo mówi, że to tylko nerwy.

Que nervios? Pero no me estreso por nada (Jakie nerwy? Przecież niczym się nie stresuję) – odpowiadam zdziwiona.

Llevamos todo dentro y a veces nos parece que no nos estresamos, pero nuestro cuerpo dice lo contrario. Quizás estabas mejor en tu tierra? (Wszystko nosimy w środku i czasem wydaje się nam, że się nie stresujemy, jednak nasze ciało mówi co innego. Może było ci lepiej na twojej ziemi?) – zadaje pytanie, które na tamtą chwilę pozostaje bez odpowiedzi.

Jednak dało mi ono do myślenia. Nasunęło mi się wtedy rozwiązanie męczącego mnie stanu. Te słowa otworzyły mi oczy, a empatii i ciepła tego starszego faceta nie zapomnę do dziś. Spadł mi chyba z nieba.

Nie pamiętam dokładnie, ile to trwało i kiedy pożegnałam się ze stresem – prześladującym mnie demonem. Któregoś dnia coś wewnątrz mnie krzyknęło: Wypierdalaj!, a on tego głosu posłuchał i wyniósł się z mojego życia. Odpieprzył się ode mnie, poszedł w zapomnienie, a ja zaczęłam prawdziwie delektować się moim nowym życiem w Hiszpanii.

Może właśnie dlatego, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, że nie byłam świadoma, skąd się bierze nagromadzone we mnie napięcie, tak bardzo to we mnie uderzyło. Niby niczym się nie stresowałam, niby byłam szczęśliwa, a jednak stres związany z życiową zmianą manifestował się w objawach somatycznych, które wysyłało moje ciało. Było to głęboko zakorzenione w mojej podświadomości. Musiałam to przeżyć całą sobą, aby w końcu nazwać po imieniu i w pełni zrozumieć.

Chyba nie byłam na sto procent gotowa na emigrację. Początkowo sama myśl, że opuszczam na stałe Polskę ściskała mnie za gardło dusząc mnie, a w moich oczach pojawiały się łzy, których napływu nie kontrolowałam. Całe moje dotychczasowe życie przez trzydzieści lat toczyło się tam, a tu nagle taka zmiana. Zmiana mająca dwa oblicza. Dobre i złe. Z jednej strony było to spełnienie mojego marzenia, co bardzo mnie cieszyło, z drugiej – coś wewnątrz mnie protestowało i nie dawało spokoju.

Z perspektywy czasu jestem wdzięczna stresowi, mojemu demonowi, z którym przyszło mi się zmierzyć. Jak już pisałam, cechuje mnie wrażliwość, tak więc jestem też mało odporna na stres i zazwyczaj silnie go przeżywam. Dzięki mojemu emigracyjnemu doświadczeniu, zrozumiałam, że z jakąkolwiek reakcją na dany rodzaj stresu nie można walczyć. Pamiętajcie o tym. Człowiek walczący ze stresem z góry skazany jest na porażkę. To będzie nierówna walka. Jeśli zaczniesz toczyć z nim bitwę, twoje napięcie tylko się nasili, a on powali cię na glebę, po czym parsknie ci śmiechem w twarz.

Kiedyś błędnie myślałam, że ze stresem trzeba walczyć. Siłowałam się z nim, a on mnie pokonywał. Nie potrafiłam świadomie zaakceptować mojej wrażliwości oraz silnych reakcji na stres. Wstydziłam się tego. Traktowałam to jako słabość. Za wszelką cenę chciałam to zmienić. Próby te poszły jednak na marne.

Dziś już inaczej na to patrzę. Akceptuję to. Taka już jestem i nagle nie zmienię się w wyluzowaną kobietę, która raptem niczym się nie stresuje. Nie oszukam mojego serca. Pokochałam siebie, polubiłam to w sobie. Teraz oczywiście nadal niektóre sytuacje wywołują u mnie stres, ale mam już na niego sposób. Raz wychodzi mi to lepiej, raz gorzej, ale nie ma to już dla mnie większego znaczenia.

NIE WALCZ ZE SOBĄ, WALCZ DLA SIEBIE

Co zatem robię, gdy pojawia się nieproszony gość? Zgadzam się na ten stan, zapraszam go do siebie, uśmiecham się do niego, pozwalam mu być, poddaję się mu, trwam w nim. On pozostaje z boku, a ja nie zaprzątam sobie nim głowy, tylko działam. Nie skupiam się na nim. W taki sposób czynię go słabszym, nie nadaje mu siły. Walka z nim przyznaje mu moc. Akceptacja natomiast go zatrzymuje, łagodzi. Idę dalej, nie zwracam na niego uwagi.

Już twój demon nie śmieje się z ciebie głośno, nie paraliżuje cię. Jego szyderczy wyraz twarzy powoli zamienia się w zdziwienie, że nie ma już nad tobą władzy. W końcu odchodzi w cień, a ty masz nad nim przewagę. I satysfakcję, że ci się udało.

Odwaga polega na tym, że nawet jeśli śmiertelnie się boimy, to i tak wsiadamy na konia.

Colleen Houck

Przeżyłam emigracyjny stres, którego głównym powodem była życiowa zmiana oraz podświadomy lęk przed tym, co nowe i jeszcze niezbyt dobrze znane. Najgorszemu wrogowi nie życzę tego uczucia pełnego nieuzasadnionego lęku, który pojawiał się od razu po otwarciu oczu nad ranem i towarzyszył mi prawie na każdym kroku. Doskonale zrozumie mnie ten, kto również przez to przeszedł.

Moje wewnętrzne demony nie pozwalały mi spokojnie spać. Ich obecność miotała mną na wszystkie strony, a ja czułam bezradność i nie potrafiłam się im odpowiednio przeciwstawić.

Nie zatrzymałam się jednak przez to w jednym miejscu, ani nie zrobiłam kroku w tył. Przeszłam przez niełatwy etap tylko po to, aby odbić się od dna i na nowo pokochać siebie oraz otworzyć się w pełni na nową rzeczywistość. Postawiłam krok naprzód. Z każdym kolejnym było już łatwiej, lepiej, bardziej optymistycznie.

Nie spodziewałam się, że może mnie to spotkać. Nie miałam wtedy nawet pojęcia, że istnieje zjawisko emigracyjnego stresu. Nie zastanawiałam się nad tym. Wiem, że było to potrzebne, ponieważ doprowadziło mnie do tego, gdzie znajduję się teraz. Pozostawiło blizny na mojej duszy, które nie są powodem do wstydu. Wręcz przeciwnie – przypominają mi za każdym razem, że jestem silna. Lubię je. Są częścią mnie i jestem z nimi szczęśliwa.

Stajemy się wolni od cierpienia, kiedy doświadczymy go na wylot.

Marcel Proust

Jestem ciekawa, czy doznaliście w jakiś sposób emigracyjnego stresu i jak sobie z nim poradziliście? Myślę, że w większym czy mniejszym stopniu dotyka on każdego z różnych powodów. Życzę wam z całego serca, aby ominął was szerokim łukiem i abyście nigdy nie wpadli w jego sidła. A jeśli już się w nich znajdziecie, mam nadzieję, że pomimo ran, wyjdziecie z nich cali, jeszcze silniejsi, a wasze blizny będą powodem do dumy. ❤️️

Jeśli podoba Ci się mój blog, zachęcam Cię do odwiedzenia mojego profilu na Facebooku i Instagramie.

4 comments

  1. „Niby niczym się nie stresowałam, niby byłam szczęśliwa, a jednak stres związany z życiową zmianą manifestował się w objawach somatycznych, które wysyłało moje ciało” – kiedy już nauczymy się słuchać tego co subtelnie mówi nam nasze ciało, to staniemy się bardziej świadomi i w dłuższej perspektywie to jest naprawdę uwalniające 🙂 To taka trochę druga intuicja, drogowskaz.

    Ja również przeprowadzałam się wiele razy, zarówno w obrębie Polski (podlasie, pomorze, mazowieckie), ale i za granicę, Szwecja, Nowa Zelandia, Indie. Jednak u mnie za każdym razem największy stres wynikał z powrotów do Polski, a zwłaszcza do Warszawy. Pierwsze dwa lata po powrocie „na dobre” nie umiałam się odnaleźć, pracowałam jak szalona, nikogo tu nie znałam, nie miałam rodziny ani nawet ekspatów, z którymi za granicą zawsze się trzymałam i umiałam znaleźć wspólny język, aż moje ciało w końcu powiedziało stop i zakończyło się to depresją.
    Teraz już coraz lepiej umiem słuchać sygnałów i polecam to każdemu!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s