Gorzki smak pożegnań, czyli o trudnych momentach na emigracji

Każde pożegnanie ma coś ze śmierci. Każde ponowne spotkanie – coś ze zmartwychwstania.

Arthur Schopenhauer

Pożegnania to ciężki temat. O tym, jak bardzo gorzki mają smak, doskonale wie każdy, kto mieszka daleko od swojej rodziny. Często za nią bowiem tęskni się najbardziej. Za samym miejscem, krajem – niekoniecznie.

Pożegnania dotyczą nas wszystkich. Są nieodłączną częścią ludzkiego życia. Mówimy sobie do widzenia, aby przywitać się ponownie nazajutrz, za kilka dni, tygodni, miesięcy, lat. Bywa, że sami nie wiemy, kiedy dokładnie będziemy mogli zobaczyć się znowu, zwłaszcza gdy nasze życie toczy się w innym kraju. Rozmowy telefoniczne nie zastąpią prawdziwej obecności.

Pożegnania z najbliższymi to chyba najtrudniejsze chwile, z jakimi trzeba się zmierzyć podczas życia na emigracji. Rozterki, emocje, tęsknota, smutek, pustka piętrzące się jedno po drugim. Z trudem przełykasz ten gorzki smak. Jedyne co mnie wtedy ratuje to myśl, że mam własną rodzinę, że Hiszpania to mój dom, moje miejsce. Że jest mi tu dobrze. Najchętniej w takich momentach chciałbyś zatrzymać ich przy sobie. Ale się nie da. Te czarne chwile w końcu odchodzą w zapomnienie. Powoli odsuwają się w cień. Z biegiem czasu znów przyzwyczajasz się do swojej codzienności. Codzienności bez nich.

Z moją mamą nie widziałam się przez długi czas. W końcu przyleciała. Nic jednak nie trwa wiecznie. Po dwóch miesiącach nadszedł dzień jej powrotu do Polski. Był to bardzo brzydki, melancholijny, deszczowy poranek. Dawno nie padało. Czy to przypadek, że akurat dziś niebo postanowiło przybrać najbardziej szare odcienie? Nie sądzę.

W drodze na lotnisko dusiłam w sobie to towarzyszące mi od samego rana dziwne, znane już wcześniej uczucie. Na twarzach moich dzieci widoczne było rozczarowanie. Starszy syn coraz to powtarzał, że będzie tęsknił za babcią, co pogrążało mnie jeszcze mocniej. Smutek ukryty na dnie mojego serca idealnie komponował się ze spadającymi kroplami deszczu, które odbijały się od szyb i dachu jadącego samochodu. Wydawało się, że ta chwila będzie trwać wiecznie. Pochmurna, dżdżysta aura potęgowała to jeszcze bardziej. Niepokój wisiał w powietrzu.

Myślałam, że powstrzymam tę rozpacz wypełniającą najgłębsze zakamarki mojej duszy. Okłamywałam samą siebie, że dam radę. Udało mi się. Do czasu. Będąc już w samotności, gdy nadeszła godzina odlotu, wyobrażając sobie startujący samolot, wtedy i z moich oczu popłynęły łzy niczym te krople deszczu za oknem. Nie tylko madryckie niebo płakało.

Jeśli otworzyłeś drzwi, musisz je za sobą zamknąć. Powitanie zawsze pociąga za sobą konieczność pożegnania.

Jodi Picoult, Już czas

Moja mama wróciła do siebie, do domu. Chcę do babci – dochodzi do mnie głos płaczącego syna. Zza chmur znów wyszło słońce, a ja pełna nadziei będę czekać na kolejne radosne powitanie. Jeszcze rano była tutaj, wieczorem jest już trzy tysiące kilometrów stąd. Zanim moje serce się uspokoi i zdołam poskładać je w jedną całość, przez kilka dni pozostanie rozdarte. Życie toczy się dalej…

Jeśli podoba Ci się mój blog, zachęcam Cię do odwiedzenia mojego profilu na Facebooku i Instagramie.

9 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s